Patologia indywidualizmu (2)

Dodany przez: | maj 18, 2016 | Kategorie: OK w teorii | 0 komentarzy

Patologia indywidualizmu (2)

„Zbliża się nowy tydzień w pracy? – rozpoczyna swój onetowy wpis „Sado-maso-korpo-terror” Tomasz Kozłowski – Idziemy na wojnę w korpo? Będą nas poniżać i upokarzać? A może my kogoś skopiemy? Przynajmniej nasze dzieci bezpiecznie nudzą się w szkole.

Project manager (PM) czasami jest zwykłą świnią. Zależna od niego osoba (team member) przynosi do domu to, co za sprawą PM dzieje się w projekcie. Ma to wpływ na rodzinę TM, na to jak spędzi weekend, czasami nawet na jego psa.

– Nie wiem, co mam zrobić z tym małym gnojkiem, żeby mnie wpuścił do projektu?! – powiedział czerwony z wściekłości TM do siedzącego nad stertą papierów jednego z członków rady nadzorczej. Był późny wieczór.

– Po prostu nie kumam, z czym on ma problem? Ma pięciu ludzi, macie zrobić to razem, a razem znaczy też znacznie szybciej. Zrobił matrycę i właściwie mógłby mieć po robocie, spokojnie delegując resztę w dół… Co on? Rzeczywiście zupełnie nie chce pomocy? Chce wszystko zrobić sam?

– Nie mam pojęcia, dlaczego tak robi… Rozmawiałem z nim z pięć razy, prosiłem. Od czterech tygodni staram się z nim umówić. Wyznacza godzinę i odwołuje. Dzwonię, nie odbiera. Piszę, też mnie zbywa.

– Może on coś knuje? Do kogo on raportuje? Do prezesa zarządu?

– Nie, do któregoś z członków – westchnął ciężko TM. – Starałem się porozmawiać z prezesem, mam z nim przecież dobry kontakt, ale nawet nie chciał spojrzeć na mój raport. Zobacz, jakie mi PM wysyła sms-y, kiedy się upominam o robotę.

Na ekranie smartfona przelatywały wiadomości wypełnione wulgaryzmami. Pomiędzy marną interpunkcją rzucały się w oczy zwroty typu: „nie mam k…wa czasu”; „wal się”; „masz to zrobić tak, jak ja tego chce”; rusz d…e i rób sobie swoje”.

Członek rady nadzorczej coraz szerzej otwierał oczy. Wiedział dobrze, że PM cieszy się bardzo dobrą opinią. Wie też, że PM ma dość trudną sytuację osobistą, która mobilizuje go do pracy.

– Zarząd wie, jak on się zachowuje? – zapytał członek rady.

– A skąd! Wszyscy go kochają! Świetnie robi swoją robotę, zawsze ma najlepsze wyniki, wszystko dowozi na czas! – rozkładał ręce TM.

– Ma kogoś z dobrym kontaktem w radzie? Ktoś mu sprzyja? Może z kimś porozmawiać? – szukał rozwiązania członek rady. – Spróbuję coś z tym zrobić, ale jak mi się nie uda, to napiszę wprost do zarządu. Albo wiesz co, napiszę od razu do jego przełożonego i do prezesa też, bo mi się krew w żyłach zaczyna gotować, jak sobie pomyślę, że taki gnojek może w przyszłości trafić właśnie do zarządu i mieć wpływ na całą firmę!

– Może on chce mnie poszorować? Może nie chce, żebym był w teamie w przyszłym sezonie?

– A jest takie zagrożenie? – zatroskał się członek rady.

– No jasne! O to właśnie tutaj chodzi i tego się boję! Jak nie będę miał podpisu z tego projektu, to mam rok w plecy!

– Dobra! Dosyć tego! Siadam i piszę! – członek rady energicznie otworzył komputer i zatopił się w głośnym stukocie klawiatury. TM wyciągnął cicho telefon i wysłał do PM krótką wiadomość, żeby ten wiedział, że żarty się skończyły.

Dwie godziny później w telefonie odezwał się głos mocno zdenerwowanej kobiety.

– Witam. Jestem członkiem rady i nadzoruję realizację zadań przez PM. Co wy tam sobie wyobrażacie, co? Myśli pan, że jak mnie postraszy, to co?! Szantaż?! PM ma już dawno skończony projekt i od dawna nikt z członków zespołu się nie kwapił, żeby kiwnąć palcem!! Sam musiał wszystko zrobić!!

– Ale PM nikogo od samego początku do tego projektu nie dopuszczał – tłumaczył członek rady.

– Jak nie dopuszczał?!? Jak nie dopuszczał?! On ich wszystkich prosił o pomoc, ale nikt nie przyszedł!! – pieniła się coraz bardziej.

– Jest pani pewna, że mówi pani prawdę?

– Jasne! Projekt jest skończony i niech mnie pan prezesem nie straszy! Inni mogą się teraz tylko dopisać do listy wykonawców i będzie po sprawie! Co za problem?

– Dobrze pani wie, że to nie będzie uczciwe? Przecież za takie coś wszyscy mogą wylecieć! On ich postawił w takiej sytuacji, że nie wiadomo, co teraz zrobić. Muszę to jednak przekazać zarządowi…

– Rób pan, co chcesz! Albo niech się umówią i coś wymyślą. Powiem mu o tym…

Nad ranem przyszedł list od członka zarządu, w którym ten bardzo się dziwił, że w ogóle jakakolwiek trudność ma miejsce. Obiecał spotkanie z członkami zespołu oraz wyjaśnienie sprawy.

KORPORACYJNA RZECZYWISTOŚĆ? NIE DO KOŃCA…

Oto cała prawda i jej bohaterowie:

PM i TM – gimnazjaliści (lat 14)

korporacja – jedno z warszawskich gimnazjów,

projekt – zaliczająca rok praca gimnazjalna z geografii

prezes zarządu – wychowawca klasy,

członek zarządu, do którego raportuje PM – nauczyciel geografii

członkowie rady nadzorczej – rodzice gimnazjalistów

Strasznie narzekamy na korporacje, przypisując im całe zło, które się z nich wylewa. To nawet łatwo nam przychodzi, bo jeżeli ponosimy porażkę, to jej przyczyna jest zawsze krótkotrwała i zewnętrzna (korpo fajnie do tego pasuje). Sukces natomiast zawsze jest wewnętrzny i długotrwały – przez całe lata na to pracujemy i to tylko my za tym stoimy, nikt inny!

Stoimy również za kreowaniem małych, złośliwych gnomów, które spędzają nam sen z powiek, kiedy wieczorem myślimy o ludziach, których jutro spotkamy w pracy. Kto ich kreuje? Kto tworzy korpo-sadystów i korpo-ofiary? Korporacje? Nie Kochani, to my – rodzice! To my kreujemy ich w naszych własnych domach od najmłodszych lat”.

No cóż. Ja również – jako nauczycielka – powinnam uderzyć się w piersi.

Kto ich kreuje?

Korporacje?

Nie, to my – w szkołach, od najmłodszych lat.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *