Efekt Sawyera albo mniej tego, czego chcemy (cz. 2)

Dodany przez: | lut 15, 2012 | Kategorie: OK dla uczniów | 19 komentarze

Efekt Sawyera albo mniej tego, czego chcemy (cz. 2)

Jedna ze scen w rozdziale II „Przygód Tomka Sawyera” Marka Twaina (uwielbiam tę książkę!) udziela dość ważnej lekcji na temat motywowania ludzi.

Przypomnijmy ją sobie:

„(…) Na bocznej uliczce pojawił się Tomek z wiadrem rozrobionego wapna i pędzlem na długim trzonku. Spojrzał na parkan i wszelka radość zgasła na jego twarzy, a dusza pogrążyła się w głębokim smutku. Parkan miał trzydzieści metrów długości i ponad dwa metry wysokości! Świat wydał się Tomkowi otchłanią, a życie nieznośnym ciężarem. Z westchnieniem zanurzył pędzel i przejechał nim po najbliższej desce. Machnął pędzlem jeszcze dwa razy, porównał znikomą zamalowaną powierzchnię z ogromem, jaki pozostał jeszcze do pomalowania i usiadł pod płotem zupełnie załamany. (…) Oczyma duszy widział przedsięwzięcia, które planował na dzisiaj i zrobiło mu się strasznie smutno. Niedługo zaczną tędy przebiegać inni chłopcy, wolni, pędzący na różne wspaniałe wyprawy i będą z niego kpić, że musi pracować – sama myśl o tym paliła go żywym ogniem. Wydobył cały swój majątek i poddał go dokładnym oględzinom: szczątki zabawek, szklane kulki do gry i bezimienne rupiecie. Wystarczyłoby tego do opłacenia krótkiego zastępstwa w robocie, ale na pewno nie wystarczyłoby do kupienia choćby pół godziny wolności. Włożył więc z powrotem do kieszeni swoje ubogie skarby i pożegnał się z myślą o przekupieniu chłopców. Nagle, w tej najczarniejszej rozpaczy, spłynęło na niego natchnienie. Potężne, olśniewające natchnienie.

Wziął pędzel do ręki i z całym spokojem zabrał się do roboty. Właśnie Ben Rogers pojawił się na horyzoncie, ten sam Ben, którego złośliwości Tomek obawiał się najbardziej. Ben nadchodził w podskokach, co dowodziło, że było mu lekko na sercu i że zamierzenia jego były wielkie. Zajadał jabłko, a w wolnych chwilach wydawał z siebie przeciągłe głębokie tony, po których następowały basowe pohukiwania: bom – bom – bom – gdyż był właśnie parowcem. Kiedy znalazł się blisko Tomka, zwolnił biegu, zajął środek ulicy, przechylił się na prawo i zaczął majestatycznie dobijać do brzegu, bo przedstawiał w tej chwili okręt „Wielka Missouri” i miał dziewięć stóp zanurzenia. Był równocześnie statkiem, kapitanem, dzwonkiem okrętowym i stał w wyobraźni na własnym mostku kapitańskim, wydając rozkazy i bezzwłocznie je wykonując.

(…) Tomek malował, nie zwracając najmniejszej uwagi na wspaniały parowiec. Ben zdziwił się ogromnie, a po chwili odezwał się: – He, he, he! Ale cię wrobili! Jedyną odpowiedzią było milczenie. Tomek okiem artysty ocenił ostatnie pociągnięcie pędzla na parkanie, poprawił delikatnie i ponownie w skupieniu ocenił wynik. Ben podszedł do niego. Tomkowi ciężko było ukryć swoją ochotę na jabłko, ale nie odrywał się od pracy. Ben zapytał ironicznie: – Co, stary, musisz dzisiaj pracować? – Ach! To ty, Ben? Wcale cię nie zauważyłem. – Wiesz, idę się kąpać, a ty? Aha, zapomniałem, że ty wolisz pracować… Tomek obejrzał kolegę od stóp do głowy i zapytał zdziwiony: – Co nazywasz pracą? – Jak to, czy malowanie nie jest pracą? Tomek znów zabrał się do malowania i odpowiedział niedbale: – Może to jest praca, a może i nie. Wiem tylko, że tak się podoba Tomkowi Sawyerowi. – Nie gadaj, że lubisz malować parkany. Pędzel nie ustawał w pracy. – Czy lubię? Głupie pytanie. Nie codziennie trafia się człowiekowi taka gratka, żeby malować parkan. To zupełnie zmieniało postać rzeczy i całą sprawę ukazało w nowym oświetleniu. Ben przestał jeść jabło. Tomek z najwyższą uwagą malował pędzlem po deskach, cofał się, oceniał swoje dzieło, tu i ówdzie poprawiał, sprawiał wrażnie całowicie pochłniętego tymi czynnościami. Ben śledził każdy jego ruch. Coraz bardziej go to interesowało. Nagle powiedzał. – Słuchaj, Tomek, daj mi trochę pomalować. Tomek zastanowił się przez chwilę. Już miał się zgodzić, ale zmienił zamiar. – Nie, Ben, to niemożiwe. Wiesz, ciotce Polly strasznie zależy na tym parkanie, zwłaszcza tutaj, od strony ulicy, sam rozumiesz… Gdyby to był gdzieś za domem, to ostatecznie mógłyś spróbować, ale w tym miejscu raczej nie… Ciotka jest niemożliwie wymagająca. To musi być zrobione bardzo dokładnie. Nie wiem, czy na tysiąc, a nawet na dwa tysiące chłopaków, znajdzie się choć jeden, który umiałby to zrobić naprawdę porządnie. – Co ty mówisz? Słuchaj, daj mi spróbować. Tylko mały kawałeczek! Ja bym ci pozwolił gdybym był na twoim miejscu. – Ben, zrozum, ja bym ci też pozwolił, ale ciotka Polly! Wiesz, Jim chciał malować – nie pozwoliła mu, nawet Sid chciał – też nie pozwoliła mu. Zrozum moje położenie. Gdybyś zaczął malować i coś ci nie wyszło… – Tomku, proszę cię, będę bardzo uważał. Dam ci kawałek mojego jabłka! – No dobrze… albo nie… nie mogę… – Dam ci całe jabłko! Tomek oddał wreszcie pędzel, z niechęcią na twarzy, a wielką radością w sercu. I podczas gdy niedawny parowiec „Wielka Missouri” pracował w pocie czoła, niedoszły artysta siedział sobie opodal na beczce, machał nogami, zajadał jabłko i upatrywał w myślach nowe, niewinne ofiary. Materiału nie brakło. Co chwila zjawiali się kolejni chłopcy. Każdy przychodził z zamiarem pośmiania się z Tomka i każdy zostawał, żeby malować. Kiedy Ben się zmęczył, z łaski Tomka przyszła kolej na Billego w zamian za niezupełnie jeszcze podarty latawiec; a gdy i Bill miał już dosyć, prawo bielenia parkanu nabył Johnny za zdechłego szczura i kawałek sznurka, na którym można nim było wywijać. I tak dalej, i tak dalej, godzina za godziną. A kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Tomek, który rano był jeszcze nędzarzem, teraz stał się bezkonkurencyjnym bogaczem. Oprócz wcześniej wymienionych przedmiotów miał dwanaście szklanych kulek, połamane organki, kawałek niebieskiego szkła od butelki, przez które można było patrzeć, szpulkę do nici, klucz, który niczego nie otwierał, kawałek kredy, szklany korek od karafki, ołowianego żołnierzyka, dwie kijanki, sześć kapiszonów, kota z jednym okiem, mosiężną kołatkę do drzwi, psią obrożę, rękojeść noża, cztery skórki z pomarańczy i starą rozbitą ramę okienną. Przy tym czas spędził bardzo przyjemnie w błogim nieróbstwie, cały dzień miał towarzystwo, a parkan pokryty został trzema warstwami wapna. Na szczęście dla chłopców zabrakło bielidła, bo byłby ich wszystkich doprowadził do bankructwa. Tomek uznał, że świat mimo wszystko nie jest taki zły. Sam o tym nie wiedząc, odkrył wielkie prawo ludzkich działań, a mianowicie: jeśli chcemy obudzić w dorosłym lub dziecku pragnienie jakiejś rzeczy, musimy ją przedstawić jako bardzo trudną do osiągnięcia. Gdyby był wielkim filozofem (takim jak autor tej książki), to pojąłby, że pracą jest to, co musimy robić, a przyjemnością – to czego robić nie musimy. Zrozumiałby wówczas, że wyrabianie sztucznych kwiatów lub chodzenie w kieracie jest ciężką pracą, natomiast granie w kręgle albo wspinanie się na Mount Blanc jest tylko przyjemnością. Wielu bogatych panów w Anglii tłucze się powozem, zaprzężonym w czwórkę koni, dwadzieścia lub trzydzieści kilometrów w upale – bo ta przyjemność kosztuje ich dużo pieniędzy, ale niechby im ktoś kazał robić to samo za wynagrodzenie, zaczęliby to uważać za pracę i woleliby z niej zrezygnować”.

19 Komentarze

  1. NIE MA NACOBEZU!!!
    nie mogę zrobić

  2. Moim zdaniem Tomek znalazł najlepszy sposób na wykonywanie zaplanowanej czynności, nie robiąc zupełnie nic i oddając się przyjemnością. Dzieje się tak w wielu przypadkach, których sam byłem świadkiem. Pokazuje to jak prosty umysł mają ludzie… Nie wiem co więcej napisać 😛

  3. właśnie, może pani jakoś jeszcze szybko zamieścić to nacobezu? czy ma być takie dowolne?

  4. „Przygody Tomka Sawyera”, to też moja ulubiona książka, a sam Sawyer jest moją ulubioną postacią książkową :D. Tom oszukał i zmanipulował swych kolegów, dając im myśleć, że sami podejmują decyzje a wprawdzie odwalali za niego robotę.

  5. Zgadzam się z tezą.
    Jeśli jesteśmy do czegoś przymuszeni lub nie robimy tego z własnej woli jest to dla nas nieprzyjemne i nazywamy to pracą. To czego nie musimy robić jest dla nas przyjemnością.
    Są też sposoby aby coś do czego jesteśmy przymuszani stało sie przyjemnością, np: gdy porównujemy naszą pracę z cięższą pracą którą przed chwilą wykonywaliśmy.

  6. Zgadzam się z tą tezą.
    Zazwyczaj jest właśnie tak, że jak jesteśmy zmuszeni do robienia czegoś jest to o wiele mniej przyjemne, niż gdy sami chcemy coś zrobić z własnej woli.
    Ale są przypadki, gdy coś co musimy zrobić staje się przyjemne.

  7. Jeśli jesteśmy zmuszani do jakiejś pracy a nie chcemy jej wykonywać to musimy ją zmienić w zabawę w coś trudnego do osiągnięcia dla innych. Musimy wzbudzić w innych podziw i ciekawość. Najlepiej oddaje to poniższy fragment tekstu.
    Sam o tym nie wiedząc, odkrył wielkie prawo ludzkich działań, a mianowicie: jeśli chcemy obudzić w dorosłym lub dziecku pragnienie jakiejś rzeczy, musimy ją przedstawić jako bardzo trudną do osiągnięcia.

    • b. d. Paulinko <3

  8. Zgadzam się z tezą.
    Rzecz którą nam dorośli zlecili nie zawsze musi być przyjemna, ale można ją zmienić w zabawę!

  9. Podpis* to ja 😀

  10. Ja często mam tak że najpierw nie chcę tego robić a później to okazuje się przyjemne i nie lubię być do niczego zmuszany choć morze się to okazać bardzo przyjemną czynnością

  11. Zgadzam się z tezą :
    ponieważ uważam że przymuszanie do czegoś dziecka jest nie odpowiednie , sam gdy jestem do czegoś przymuszany robię to mniej chętniej niż gdybym miał to zrobić z własnej woli.

  12. Zgadzam się z tezą, że żeby zachęcić kogoś do pacy( w tym wypadku do pomalowania płotu)trzeba przedstawić daną czynność jako najciekawszą i najtrudniejszą rzecz do zrobienia. Wtedy druga osoba jest zainteresowana i bardzo chce to zrobić. W ten sposób łatwo jest zachęcić dziecko do czegoś, ale oczywiście dorosłych również.

  13. Tomek zyskał czas na odpoczynek, dzięki własnemu sprytowi i naiwności kolegów. Uważam, że takie zachowanie może być przydatne w niektórych sytuacjach.

  14. Nie ma nacobezu, więc napiszę tak:

    Zacznę od młodych i biednych dzieci, a skończę na bogatszych dorosłych.
    Cz.1
    Jeśli biedne dzieci, które nigdy nie miały możliwości złapać za piętę cywilizację, dostaną zadanie do wykonania, np. malowanie płotu, pielęgnowanie roślin, to nigdy nie odmówią.

    Czasem, jak jadę samochodem w góry, lub w inne miejsce, to widzę ciągnące się do horyzontu pole, na którym biegają małe dzieci i pracują jak dorosłe osoby.

    Jak moi rodzice opowiadali mi jak spędzali wolny czas, jak byli mali, to w każdą porę roku chodzili z kolegami i koleżankami nad zalew, do sklepu i „wałęsali się” po mieście.
    Teraz wszyscy spędzają wolny czas przy komputerze grając w Minecraft’a i takie inne. Kiedyś rodzice bardziej ufali swoim dzieciom, niż teraz.
    Kiedyś:
    -Synku na obiad
    -Już idę-dziecko idzie na obiad
    Teraz:
    -Synku na obiad
    -Już idę
    Pół godziny później:
    -KRZYSIEK NA OBIAD, BO ZARAZ CI WYWALĘ TEN KOMPUTER PRZEZ OKNO!!!
    Cz.2
    zobacz: Efekt sawyera cz.1
    Jak już mówiłem,(powyżej)sam chodzę na zajęcia dodatkowe i sprawia mi to wielką przyjemność.
    Więcej nie napiszę, bo nie mam nacobezu 😛

  15. Zgadzam się. Uważam, ze jeśli chcemy coś zrobić czy osiągnąć, a ktoś powie nam, że jest to trudne my chcemy pokazać mu, ze jesteśmy w stanie tego dokonać.

  16. Zgadzam się z tezą.
    Jeśli chcemy nakłonić kogoś podchwytliwie do zrobienia czegoś, musimy zadziałać na jego ambicję i dumę. Tomek, mówiąc koledze, że tylko on nadaje się do tego zadania rzucił mu wyzwanie. Chłopiec od razu zmienił swoje nastawienie do czynności, mimo iż jeszcze przed chwilą wiedział, że lepiej jest się beztrosko bawić na drodze, zajadając jabłko. Możemy na przykład wyobrazić sobie taką sytuację: dorośli, z niewiadomych powodów, nakazują dzieciom całymi dniami się bawić, nie pracować, a za wysiłek karzą dzieci. Wtedy dzieci oprócz tego, że zabawa zaczyna ich nudzić i się zniechęcają, to zaczynają tęsknić za poprzednim życiem, pełnym wyzwań i przygód związanych z pracą (w tym wypadku można pracę przedstawić jako przygodę). Działa też tutaj inny czynnik: ludzki umysł oportunistycznie pragnie tego, co zakazane i stara się to zdobyć. Zakaz postawiony przez kogoś dodatkowo uatrakcyjnia daną rzecz i jeszcze bardziej pragniemy zastosować się do reguły „Zasady są po to, żeby je łamać”.

  17. Zgadzam się z tezą.
    Jeżeli czegoś nie lubimy robić a ktoś kto ma autorytet lub nie ale dobrze to ujmie, to wszystko może się stać zabawą. Tak samo jest czasem z nauka czytania, najpierw jest beznadziejnie i wydaje się nam ze to do niczego nam nie jest potrzebne, a następnie uświadamiamy sobie z czasem jakie to ważne.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *